Rozdział 10
Zuza:
-Jak to się stało?-zapytałam spokojnie dziewczynę która siedziała nieruchomo na kanapie w salonie Lewandowskiego.
-Zaczęłam się kłócić z matką,ona coś gotowała,a ja po tej kłótni wybiegłam z domu,jak wracałam to dom się już palił,a małego uratowałam tylko dlatego,że bawił się na dworze.
-Dobra teraz trzeba pomyśleć jak to wszystko będzie wyglądać-mruknął lewy,wiedziałam,że nie odpowiada mu obecność tych dzieci,ale przecież nie zostawiłabym ich na pastwę losu.
-Zmęczona jestem-mruknęła dziewczyna.
-Jasne,chodź cię zaprowadzę do pokoju,Zuzka da ci jakieś rzeczy-Lewandowski ruszył z kanapy i popędził w stronę kolejnej sypialni.Miałam dziwne odczucie,że zaczęło mu zależeć aby te dzieci miały jak najlepiej.Widziałam,że jest zmęczony,że najchętniej sam położyłby się w łóżku i usnął,ale mimo wszystko był przy mnie,a ja byłam pewna że mam w nim wsparcie.
-Robert,kładź się,nie chcę żebyś jutro wyglądał koszmarnie-pocałowałam do w ucho-kocham cię-szepnęłam przytulając się do jego klatki piersiowej
-Nie już 3 w nocy nie zasnę,zresztą muszę zrobić zakupy nic nie mam w domu,a przecież trzeba jutro ich jakoś ogarnąć mały musi zjeść jakieś śniadanie a młoda musi pójść do szkoły.
-Nie puszczę jutro Amandy,nie w takim stanie.
-Masz racje-przytaknął,już sam nie wiem co mówię-przetarł twarz o swoje ręce-biedne dzieciaki.Ja też straciłem ojca i wiem jak się czuje taka osoba i zgadzam się z tobą,że musimy im pomóc tylko widzisz....nie umiem być ojcem,nie potrafię,a to są dzieci z przejściami,nie chcę ich krzywdzić.
-Nie oczekuje tego do ciebie,chcę tylko twojego wsparcia.
-Tak i ty sama je zaadoptujesz i będziesz wychowywać,przecież wiesz że mimo wszystko ci pomogę tylko uprzedzam,że nie jestem wzorowym człowiekiem jeśli chodzi o kontakt z dziećmi.
-Ważne,że w ogóle będziesz-zaśmiałam się-że nie uciekniesz mi już teraz.Zresztą nawet jakbyś próbował to i tak bym cię nie puściła.
-Nie mam takiego zamiaru-zaśmiał się całując mnie w czoło-Dobra robię zakupy a ty się leć prześpij chociaż chwilkę,a uprzedzając twoje marudzenie,nie dyskutuj ze mną,marsz do łóżka.
-Robert pomogę ci...
-Nie ma mowy,idziesz spać-spojrzałam na niego smutnymi oczami,zawsze to na niego działało
-Nie mogę spać-do pokoju wszedł chłopczyk
-Chodź,ciocia się z tobą położy-wzięłam go na ręce
-Plose pana-mruknął młody i spojrzał w stronę Roberta-a to pan kopie piłkę plawda?
-Tak-podniósł wzrok znad laptopa-jutro pogramy a teraz idź grzecznie spać z ciocią
-Telaz wy jesteście moimi rodzicami?-zapytał.Wmurowało mnie.Co mu miałam powiedzieć?Każde słowo które przychodziło mi na myśl było nie adekwatne do tematu w jakim toczyła się rozmowa.
-Posłuchaj-Robert zaczął bardzo stonowanym głosem-Marcinku twoi rodzice są tam-wskazał na sufit co miało oznaczać niebo-będą na ciebie patrzeć z góry i pilnować nas czy dobrze się wami opiekujemy.
-No to cili wy jesteście teraz moimi rodzicami-Robert spojrzał w moją stronę jakby oczekując ode mnie pomocy.
-Tak jakby-wybąknęłam.Lewandowski chyba szału dostał,ale go opanował,wiedziałam,że on się waha co do tych dzieci a tym co powiedziałam chyba przesadziłam.
-Jak powiem kolegom,że mój tata to piłkarz to mi wszyscy będą zazdrościć.
-Nie wątpię-wydukał Robert biorąc małego na ręce-chodź ciocia sobie odpocznie,a ja ci przeczytam jakąś fajną bajkę....
______________
krótki ponieważ w kolejnym rozdziale rozwinie się znacznie akcja :)
Zaczyna się robov ciekawie :*
OdpowiedzUsuńCzekam na next